czwartek, 20 września 2012
I tak właśnie bycie feministką przeszkadza w znalezieniu sobie faceta

Ludzie listy piszą, a my z moovką nic. Piszą, że czytają i że uwielbiają i chcą więcej.

Jeden z naszych nowych czytelników wysłał nam nawet zestaw pytań. Dziś odpowiedź na jedno z nich.

 

Pytanie: „Jak myślicie, bycie feministką pomaga czy przeszkadza w szukaniu faceta?”

 

 

Miałam dziś sen. Bardzo przyjemny. Poszłam do dentysty. W recepcji siedział piękny pan! Wysoki, ciemnooki brunet, z kilkudniowym zarostem. Na nosie miał okulary. Niewątpliwie był intelektualistą. Nie dość, że czytał książkę, to jeszcze prowadził w przychodni małą księgarenkę. Kolorowe brzegi książek ozdabiały korytarz poczekalni. Pan recepcjonista, uśmiechając się lśniąco biało, doradzał pacjentom lektury.


Ach, czegóż tam nie było! Klasyka polska, angielska i rosyjska. Współczesne dramaty obok Szekspira. Poeci i wierszokleci ściśnięci w rogu, zapomniani. Poradniki na wszelkie możliwe tematy, dość zniszczone. Widać, że najczęściej kartkowane. A za nimi książki kucharskie. Niektóre poplamione, jakby dopiero co opuściły kuchnię. Choć była to nowoczesna klinika stomatologiczna, na półkach leżała obszerna encyklopedia ziołolecznictwa.

Już się przez chwilę nawet zaczęłam zastanawiać, czy zęby też się da ziołami leczyć… Zaraz, zaraz, czy ja tu czasem nie widzę listka marihu…

- W czym mogę pomóc? – usłyszałam obok głos.

Tuż, tuż przy mnie stał recepcjonista. Istny młody bóg.

- Czy interesuje się Pani ziołolecznictwem? – zagaił.

- Eeee… - zabrakło mi tchu – tak naprawdę to dramatem współczesnym.

„O, matko! Ale wymyśliłam” – pomyślałam sobie przez sen. Dramat to ja mam w oczach – tak mi kiedyś ktoś powiedział. Pewien mężczyzna.

- O! to świetnie, świetnie. Tu! O, tutaj mamy półkę z dramatem. Polecam Amejko. Zna Pani?

- Tak – nieśmiało kiwnęłam głową.

„Uff… jakie szczęście, że akurat znam tę autorkę.” – pomyślałam przez sen.

 

Recepcjonista uśmiechnął się, pokazując przepiękny garnitur zębów. „Hmm… ciekawe, czy prawdziwe…” – pomyślałam przez sen.

Zaprosił mnie na recepcję, gdzie popijając kawę, która zapewne barwi zęby na szaro-buro, („no, chyba że ktoś ma implanty!” - pomyślałam przez sen), rozmawialiśmy o dramacie współczesnym.

A gdy poczekalnia opustoszała z pacjentów, zjawił się pan dentysta i z olśniewającym uśmiechem („ciekawe, jaką pastą myje zęby” – pomyślałam przez sen), zapytał, czy ktoś jeszcze na niego czeka.

 

A ponieważ zostałam tylko ja, pan dentysta postanowił przyłączyć się do mojej i recepcjonisty rozmowy, bo jak się okazało, również interesowała go współczesna dramaturgia. Było nam tak miło, tak przyjemnie, tak zabawnie, aż pan dentysta zaczął opowiadać kawały. A co opowiedział kawał, to mnie łapał. Najpierw za łokieć, potem za rękę, aż wreszcie za kolano! I tak się coraz bliżej przysuwał… i śmiejąc się, pochylał w moją stronę.

A pachniał zabójczo! Nie wiedziałam, czy to feromony, czy jego perfumy. Był kompletnym przeciwieństwem pana recepcjonisty. Niski, krępy, łysy i bez zarostu. Przypominał drugiego męża Charlotte z „Seksu w wielkim mieście”. Nie! Zaraz, zaraz! On wyglądał dokładnie jak drugi mąż Charlotte! Tylko, że nie był prawnikiem od rozwodów, a dentystą.

 

Więc pan dentysta tak się do mnie przybliżał! Za kolanko łapał! Uśmiechał! Aż objął mnie ramieniem i do siebie przyciągnął! Topiłam się pod jego dotykiem jak masło na rozgrzanej patelni! Spojrzał mi głęboko w oczy… ach, ten zapach, to jego ciepło…

A tu nagle! Csssssyyyy… jakby ktoś skwarki smażył na rozgrzanej patelni.


„Co on?! Co on mnie tu będzie molestował?! Całował i obściskiwał?! Przyszłam do niego jak do lekarza przecież! Owszem miał mi zęby zbadać, ale nie swoim językiem!”

- Molestuje mnie! Mole… - obudziłam się z tym okrzykiem na wciąż niepocałowanych, przez seksownego dentystę, ustach, by stwierdzić, że naprawdę boli mnie ząb. Ósemka w dodatku!

 

I tak właśnie bycie feministką przeszkadza w znalezieniu sobie faceta.

 

14:02, kantallupa
Link Komentarze (10) »
niedziela, 04 marca 2012
„Wsiąść do tramwaju byle jakiego…”

(To jest opowiadanie. Szczegóły w poprzednim wpisie poniżej.)    

  Już od rana Dominikę atakowały sprawy, którymi natychmiast, już w tej sekundzie, nie czekając ani chwili dłużej, trzeba było się zająć. Tak to przynajmniej wyglądało z perspektywy dzieci Dominiki. W domu już od kilku chwil trwał poranny rozgardiasz. Z pokoju obok dobiegał stukot bosych stópek, z kuchni pobrzękiwania naczyń, a z łazienki szum prysznica.

 

Dominika powoli otworzyła oczy. Dopiero co kładła się spać, a już jest kolejny dzień. Te same odgłosy: tupiących stóp, brzęczących naczyń, szumiącego prysznica, które wieczorem cichły, teraz przybierały na sile. Kolejna środa, a może czwartek. Tak, to był zdecydowanie czwartek. Westchnęła, ociężale podnosząc się z łóżka. „Czwartek! – ożywiła się na kiełkującą w jej głowie myśl – czyli dzień, w którym muszę zabrać…”

- Mamo! Gdzie są moje nowe buty na zmianę do szkoły?! – wołanie córki przerwało na chwilę rozmyślania Dominiki.

- Zaraz! – odkrzyknęła zachrypniętym głosem. „Dzień, w którym spotykam…” – Dominika próbowała wrócić do przerwanych jej rozmyślań, jednocześnie rozglądając się, by nie zapomnieć zabrać…

- Mamo! A cy ja mogę dostać dziś kanapkę z synecką na śniadanko? No, mamo? Słysys?! Plose, plose, plose!

- Gdzie są płatki śniadaniowe?! Bo tu ich nie ma!

Jednocześnie prosił synek, a z kuchni krzyczał mąż Dominiki, przygotowujący śniadanie dla dzieci.

Pies skakał na klamkę, domagając się porannego spaceru, a kot łasił z nadzieją na najmniejszą choćby dawkę pieszczot i ocierał się o nogi Dominiki, która szła do łazienki. Walczyła z sennością i próbowała jednocześnie odpowiedzieć na pytania rodziny i przyszykować się do wyjścia do pracy.

Za oknem lało. Śnieg, który przykrył szare o tej porze roku miasto, topniał i strugami spływał wzdłuż chodników, na których powstawały coraz to większe kałuże. Bałwan ulepiony poprzedniego dnia przez dzieci rozpływał się. Przez krople toczące się po jego głowie i zatrzymujące na chwilę na marchewkowym nosie, wyglądał jakby płakał za swoim odchodzącym w niebyt krótkim życiem.

- Mamo! Gdzie są moje kalosze?!

- Cy mogę zablać moje nowe klocki lego do psedskola?

Pytania dzieci rozpoczęły się na nowo, jak tylko otworzyła drzwi od łazienki.

Na szczęście Dominika pamiętała, żeby przed wyjściem wrzucić do torby książkę. Mąż, jak zawsze w czwartki, podwiózł Dominikę na przystanek. Kiedy wysiadała z samochodu wcale nie było jej żal, że musiała opuścić to suche i ciepłe wnętrze. Mąż odjechał wraz z dziećmi samochodem, wioząc je do szkoły i przedszkola, a Dominika manewrując między kałużami, dotarła pod wiatę, chroniąc się przed zacinającym deszczem w oczekiwaniu na tramwaj.

Czuła przyjemne podniecenie na myśl, że już za chwilę go spotka. Usiądzie na tym miejscu, co zwykle i zatopi swój wzrok w jego błękitnym spojrzeniu. Tak przynajmniej wyobrażała sobie kolor jego oczu. Mimo że autor książki, którą zawsze czytała w czwartki, jadąc tym samym tramwajem, nigdy nie napisał, jaką barwę oczu miał jego główny bohater – muszkieter Anak.

Tramwaj podjechał na przystanek. Dominika wsiadła. Jej ulubione miejsce było wolne, jak zawsze. „Jak cudownie!” pomyślała. Mąż dziwił się, że Dominika woli dojeżdżać do poradni, w której pracowała w czwartki, komunikacją miejską. Proponował, że jeśli tylko będą trochę wcześniej rano wstawać, to będzie podwoził ją samochodem.

Dominika uparcie twierdziła, że jechanie na drugi koniec miasta w porannych godzinach szczytu nie ma sensu i że ona lubi jeździć tramwajem, bo ma czas, żeby poczytać. Czas, który w domu tak trudno było poświęcić tylko na lekturę, bo odrabianie lekcji z dziećmi, gotowanie obiadu, internet, kino domowe, ramiona męża… To wszystko przeszkadzało lub wygrywało z książką.

Kiedy Dominika wsiadała w czwartkowe poranki do tramwaju wiedziała, że najbliższe kilka chwil ma tylko dla siebie. Nikt nie będzie od niej niczego chciał, ani niczym zawracał głowy. Ona zaś nie miała wyrzutów, że w tym czasie nie robi czegoś innego, czegoś ważniejszego, jak: odpowiadanie na maile, czytanie materiałów na szkolenie, przygotowywanie prezentacji, czy powtarzanie angielskich idiomów.

Każdy czwartkowy poranek spędzała w towarzystwie fikcyjnego bohatera – muszkietera Anaka – głównej postaci z niezwykle wciągającej książki przygodowej. Śledziła jego fascynujące przygody spod znaku płaszcza i szpady. Wyobrażała sobie, jak wyglądał ten szlachetnie urodzony mężczyzna. Jakie miał łagodne spojrzenie, kiedy patrzył na kobietę, którą kochał i jaki potrafił być groźny i bezwzględny wobec swoich wrogów. Podziwiała jego sprawność, zręczność, kunszt walki i hart ducha. Potrafił poradzić sobie w każdej sytuacji. Cało wychodził z każdej opresji, na jaką narażony był przez swój awanturniczy żywot.

Dominika była zakochana w muszkieterze Anaku. Ale jeszcze bardziej niż jego idealny obraz, który stworzyła we własnej głowie, Dominika kochała te chwile spokoju, kiedy siedziała w tramwaju, wśród jeszcze lekko zaspanych i nierozgadanych ludzi, i czytała. Przenosiła się w innym świat, znajdywała w nim wytchnienie, przeżywała swoje drugie – obfite w przygody – życie.

Do codzienności wracała bez żalu za pięknym i dzielnym Anakiem. Wiedziała, że on zawsze będzie na nią czekał, w tym innym, alternatywnym świecie. I że nigdy się nie zmieni. Zawsze będzie idealny. A kiedy ją znudzi ta jego doskonałość, porzuci go dla kolejnego literackiego bohatera lub bohaterki.      

P. S. Opowiadanie powstało na odtrutkę po przeczytaniu R.Cusk. Kto wie, ten wie!    

 

00:49, kantallupa
Link Komentarze (4) »
Po długiej nieobecności

Wracamy. Nie wiem, na jak długo i czy w ogóle to jest powrót, czy może ostatnie podrygi tego bloga...

Niesłabnące zainteresowanie blogiem, które ujawniają statystyki, zachwyca nas. I jednocześnie przyprawia o wyrzuty sumienia, że nic nie piszemy.

Czemu nie piszemy?

Cóż, okazało się, że nowe obowiązki w pracy dość szczelnie wypełniają czas. Poza tym pojawiło się po drodze kilka innych projektów, które też równie mocno wciągają. O jednym z nich może nawet już wkrótce napiszemy na singielkach. Póki co jesteśmy tajemnicze... To podobno działa na mężczyzn;-) i na kobiety także!

Czym jeszcze się zajmujemy? Ja na przykład piszę opowiadania na konkursy, których niestety nie wygrywam. I właśnie wracam na singielki z takim jednym moim tekstem, bo jest bardzo w singielkowej konwencji.

Otóż, Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji w pięknym mieście W. ogłosiło konkurs literacki. Konkurs wieńczył walentynkową akcję "Zakochaj się w mpk". I bynajmniej nie chodzi o to, żeby zakochać się w tramwajach czy autobusach. Rzecz w tym, żeby znaleźć swoją bratnią duszę, zagubioną połówkę pomarańczy, księcia/księżniczkę z bajki, nazwijcie sobie jak chcecie, w miejskim środku komunikacji. Bo przecież samotni jeżdżący sobie luksusowo samochodami nie mają szans nikogo poznać. No, chyba że pokłócą się stojąc w korku. A tak, i to ekologicznie, w ścisku wypatrywać mogą tej jedynej/tego jedynego.   

Przed „walę tynkami” pojawiły się nawet wlepki nad siedzeniami w pachnących nowością tramwajach nowej linii z napisem "miejsce dla osoby jeszcze niezakochanej".

Ani prasa, ani fanpage mpk na FB nie podają niestety, czy komuś udało się zakochać w mpk.

Tak więc pozostaje nam tylko fikcja literacka. Oto ona.

P. S. Publikuję w kolejnym wpisie, licząc, że się w jednym zmieści.

00:46, kantallupa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 01 grudnia 2011
"Matchmaker, Matchmaker, Plan me no plans!"

Trzy córki trzy córki Tewjego Mleczarza, bohatera "Skrzypka na dachu" śpiewały o matchmaker – swatce. Dwie z nich, Chava i Hodel, dość idealistycznie prosząc, by ten dla nich wypatrzony, był wspaniały, interesujący i miał jakiś poważny zawód. Ponadto „perfect match” miał być dobrze wykształcony, bo to zadowoliłoby ojca i bogaty jak król, bo to z kolei sprawiłoby radość matce. A jeśli chodzi o preferencje Chavy i Hodel to wystarczy, by był przystojny jak mało kto!

 

“Matchmaker, Matchmaker,
Make me a match,
Find me a find,
catch me a catch
Matchmaker, Matchmaker
Look through your book,
And make me a perfect match.”

Tzeitel – trzecia córka skrzypka – sprowadziła siostry na ziemię. Przytomnie zauważyła, że ponieważ pochodzą z biednej rodziny, wezmą kogokolwiek Yenta (filmowa swatka) im przyprowadzi. Bez posagu, bez pieniędzy, bez dobrych rodzinnych koneksji ich wybór był bardzo mocno ograniczony.

Siostry prosto z marzeń o 7 niebie sprowadzone na ziemię inną pieśń już intonują:

„Matchmaker, Matchmaker,
Plan me no plans
I'm in no rush
Maybe I've learned
Playing with matches
A girl can get burned
So,
Bring me no ring
Groom me no groom
Find me no find
Catch me no catch
Unless he's a matchless match.”

Po przeczytaniu artykułu “Za 150 zł poderwiemy ci dziewczynę” (http://www.emetro.pl/emetro/1,85648,10717960,Za_150_zl_poderwiemy_ci_dziewczyne.html) dochodzę do wniosku, że mimo upływu czasu wciąż tak niewiele dzieli nas od rzeczywistości w jakiej żyły Chava, Tzeitel i Hodel.

 

Co prawda współczesna swatka musi być młoda i atrakcyjna. Jedynie ten znaczący szczegół niewątpliwie różni nasze czasy od czasów matchmakerki Yenty. Reszta, czyli kasa, kasa i jeszcze raz kasa, pozostaje bez zmian. Wciąż jej posiadanie jest rzekomym gwarantem poznania kogoś i stworzenia z tą osobą związku.

Atrakcyjna swatka zwraca uwagę na faceta, któremu ma kogoś znaleźć, bo „Kobiety pomyślą: skoro jest z taką dziewczyną, to musi coś w sobie mieć. Faceci: pewnie ma kasę.”

Cytowany w artykule chłopak mówi tak: „Właśnie o kasę chodzi. Faceci, intuicyjnie startują tylko do dziewcząt, które są w ich zasięgu finansowym. Również kobiety doskonale to wyczuwają m.in. taksując wzrokiem wygląd faceta (fryzurę, ubiór), czym przyjechał. Więc zwykle poznajemy tylko kogoś podobnego do nas, choć marzymy o kimś wyjątkowym.”

Dziewczyna, z którą swatka, poznała dziennikarza, powiedziała: „Twoja swatka (…) Jest atrakcyjna i jak tylko weszliście do Resortu, zwróciłam na was uwagę. To podniosło twoją wartość w moich oczach. Zwykle nie daję numeru obcym kolesiom, bo większości chodzi o jedno. Biznes ze swatkami może odnieść sukces.”

Jak widać marzenia marzeniami, a rzeczywistość rzeczywistością. Zasięg finansowy zastąpił posag, modna fryzura i bogaty ubiór świadczą o statusie materialnym, a dobry samochód może być współczesnym odpowiednikiem urodzenia w rodzinie z pożądanymi koneksjami.

“Did you think you'd get a prince?
Well I'll find the best I can.
With no dowry, no money, no family background

Be glad you got a man!”

 


15:12, kantallupa
Link Komentarze (10) »
czwartek, 24 listopada 2011
Trudno być singielką

Tekst nadesłały do nas Anonimowe Autorki. Akcja toczy się w naszym pięknym mieście W. 


W pięknym mieście W. jest jak w piosence - and „some day love will find me”. Okazuje się, że some day nadchodzi prędzej, niż się można było spodziewać. Nie trzeba się nawet szczególnie wysilać. Wszystko zdarzyło się w ciągu jednego weekendu.

 1.

Poznany przy okazji. Przysiadł się, nie chciał ukraść torebek (tak zadeklarował na wstępie), przedstawił się i zaczął rozmawiać. Nic wielkiego. Przyleciał z New Yorku. Zapytał, co ciekawego jest w mieście W. Rozwiewał mity o mieszkańcach USA, ucieszył się, że w Polsce ludzie oglądają CSI... A w NY koniecznie trzeba zobaczyć Central Park i dużo innych miejsc godnych zobaczenia. Zostawił wizytówkę. Napisał maila.

 2.

Zbyt przyjacielski, narzucający się, z Holandii. Głupio się uśmiechał i chyba to skreśliło go od razu.

 3.

Wraz z Miss Model wybrałyśmy się na wędrówkę po krętych uliczkach starego miasta. W którymś momencie przeszedł obok nas człowiek, z pozoru niegroźny i tylko przechodzący. Powiedział „dzień dobry” i zniknął w pobliskim budynku. Ok, ludzka rzecz, „dzień dobry” można powiedzieć, nic bardzo dziwnego... Po chwili jednak z budynku wyszedł i ruszył w naszą stronę. Chciałyśmy uciec, nie udało się.

- Jak chcecie, mogę wam zrobić razem zdjęcie – zaproponował. Od razu zaznaczam, że polską mową posługiwał się po zachodnio-zagranicznemu. Musiałabym alfabetem fonetycznym pisać, a nigdy nie byłam w tym dobra. Czytelnik wyobrazi sobie zatem Polaka, który mieszka w JuEsEj już dwa tygodnie. O ten efekt właśnie chodzi...

- Dziękujemy – podziękowałyśmy. - Nie trzeba.

Zmienił więc strategię, zapytał, czy znamy jakieś miejsce dobre pod względem gastronomicznym. Miss Model, jako stała mieszkanka miasta W. rzuciła kilka nazw, wskazała najbliższy szyld obiecujący posiłek.

- A greckie?

Miss Model nie wiedziała. Ja nie wiedziałam tym bardziej.

- Ja wiem, ale tak pytam, żeby sprawdzić, czy wy wiecie – oznajmił najradośniej na świecie, po czym opowiedział dzieje swoje z dnia bieżącego: biegał dwie godziny, więc jest głodny i bardzo chętnie może zaprosić państwo również, tam jest dobre jedzenie, na przykład musaka, albo taaakie długie papryki w ocecie...

- Marynowane? - podpowiedziałam.

- O, o, o, o, o! - ucieszył się. I to były jedyne słowa skierowane bezpośrednio do mnie. Wiadomo, jak się z Miss Model gdzieś wyjdzie, światła sceny skierowane są na nią. Nie, żebym była garbata i zezowata, ale Miss Model to Miss Model.

Jednogłośnie nie byłyśmy głodne. I już niby mieliśmy wszyscy pójść w swoje strony, za głosem serca i w siną dal, kiedy się nam przedstawił. Miss Model wyjawiła swoje tajne imię, a ja nie zdążyłabym nawet, bo Ocet (tak go nazwałyśmy później) ciągnął opowieść o sobie i swoim życiu:

- Teraz idę kupić laptop. Szukałem go długo, już wiem, jaki chcę i właśnie za chwilę go kupię. Jak państwo chcą, ja mogę zaprosić na musakę...

Jednogłośnie nie byłyśmy głodne po raz drugi. Zostawił swój numer Miss Model, z zapewnieniem, że kiedy przyjdzie jej ochota na musakę i paprykę w ocecie, śmiało, niechaj dzwoni, on państwo zaprasza.

Grzecznie się pożegnaliśmy – my ruszyłyśmy w stronę zachodzącego słońca, do domu, a Ocet pobiegł kupić laptop.

Miss Model bezlitośnie nie zadzwoniła.

 

* Patriotycznie czekamy dalej. Bo wiadomo...


14:07, kantallupa
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 listopada 2011
on i ja

Ostatnio moovkę i mnie pochłaniają różne sprawy, blog więc leży odłogiem… Stali/łe czytelnicy/czytelniczki wciąż nas jednak odwiedzają, jak wynika ze statystyk. To zaś sprawia, że mamy poczucie winy… ktoś wciąż przychodzi i całuję klamkę. W końcu nie przyjdzie nikt. Wtedy dopiero będzie nam przykro… A że odwiedziny bardzo lubimy, nadrabiamy zatem czym prędzej i zapraszamy ponownie.

 

Dostałam zadanie: porównaj biografię ulubionego/nej pisarza/pisarki ze swoją własną. Wyszło mi tak.

 

„Keret jest jednym z najchętniej czytanych autorów w izraelskich więzieniach. Twierdzi, że to z powodu rozmiaru jego opowiadań. Większość z nich można przeczytać w drodze między celą i prysznicami.” (Marta Strzelecka, Gazeta Wyborcza)

 

Edgar Keret, autor sztuk teatralnych i scenariuszy, prozaik, felietonista, bez wątpienia mistrz krótkiej formy ma teraz 44 lata i jest ode mnie starszy o 13.

Do czasu swoich 31 urodzin: zdążył się urodzić w 1967r. w izraelskiej rodzinie polskiego pochodzenia. Poza oczywistym faktem narodzin, łączy nas to, że nasi rodzice są Polakami.  zadebiutował krótkimi opowiadaniami pt. „Rury” mając 24 lata. Ja w tym wieku kończyłam dopiero studia i debiutowałam na rynku pracy.

Mając lat 26 Keret dostał pierwszą pisarską nagrodę za scenariusz musicalu, a ja swoją pierwszą poważną pracę.

Rok później opublikował drugą książkę „Tęskniąc do Kissingera”. Zdobył rozgłos i bardzo przychylne recenzje, ja natomiast, wraz z przyjaciółką, założyłam swojego pierwszego bloga, którego -jak się okazało - ktoś chciał czytać.    

W momencie, gdy ja od trzech lat byłam zagorzałą fanką i uczestniczką festiwalu filmowego Nowe Horyzonty we Wrocławiu, on, mając lat 28, został wykładowcą na wydziale filmowym Uniwersytetu w Tel Awiwie.

Pierwszą książkę przetłumaczono Keretowi na angielski, kiedy liczył sobie 29 lat.  W tym czasie również wyreżyserował swój pierwszy film. Ja, mając lat 29, wciąż uczyłam angielskiego i brałam udział w festiwalu filmowym, na którym po raz pierwszy zetknęłam się z Keretem, oglądając rewelacyjną animację nakręconą na podstawie jego opowiadań – „9 dolarów, 99 centów”.

30-letniemu izraelskiemu autorowi przetłumaczono drugą książkę, tym razem na włoski, ja założyłam drugiego bloga i po raz pierwszy spotkałam Kereta. Przyjechał na Festiwal Opowiadania do Wrocławia.

Kolejne lata przyniosły Keretowi międzynarodowy rozgłos, świetne książki i filmy oraz mnóstwo tłumaczeń, wśród nich nawet na język arabski, ja zaś podpisałam umowę o pracę z pewną izraelską firmą. W umowie na przeszło dwóch stronach wyszczególniono, jakie informacje są poufne i których nie wolno mi o firmie zdradzać. Za nieprzestrzeganie warunków umowy będę sądzona zgodnie z prawem izraelskim. W razie czego wiem, co będę czytała w drodze między celą a prysznicami.

 

09:03, kantallupa
Link Komentarze (11) »
środa, 19 października 2011
blogowy Hyde Park
czyli bocznymi drzwiami z relacją z Blog Forum Gdańsk 2011:)
poniedziałek, 10 października 2011
Forum Blogerów

Nasz blog bierze udział w Forum Blogerów w Gdańsku!:-)

To już w najbliższy weekend! Trzymajcie kciuki za prezentację na Hyde Parku.


A może ktoś z naszych komentatorów/komentatorek lub stałych czytających się wybiera? 

22:40, kantallupa
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 września 2011
zakończenie losów księżniczki

 Zakończenie losów księżniczki zainspirowane mądrym zdaniem kobietywkryzysie: „Wybrała tego, którego zalety są dla niej istotne, a wady do zniesienia:)”

 

Zupełnie inny kandydat zauroczył księżniczkę. Czym? Trudno powiedzieć. O tym się nie mówi, to się czuje.

Księżniczka pomyślała sobie, że z tym kandydatem jest jak z fejsbukiem. Codziennie ma ochotę do niego zajrzeć. Właściwie nie wyobraża sobie bez niego dnia. Jest ciekawa, co też jej pokaże, czym zainspiruje, zawróci w głowie.

Ona też jest aktywna w tym związku. Jest dostępna, mówi mu o czym myśli, co planuje, w jakich wydarzeniach mogą wspólnie wziąć udział. Piszą do siebie wiadomości, wysyłają zaczepki.

Księżniczka od kandydata, podobnie jak od fejsbuka, niczego nie oczekuje, nie ma wymagań, nadziei, że on będzie taki, jak ona chce lub że się zmieni wedle jej upodobań. Nie ma checklisty. Cieszy ją to, że on jest i teraz skupia głównie na klikaniu „lubię to”.

Oczywiście  księżniczka ma świadomość, że z czasem owe „lubię to” mogą się zamienić na „nie lubię”. Bo najpierw coś nas urzeka u mężczyzny, a potem, to samo wkurza i podnosi temperaturę. Dlatego księżniczka wie, że w razie takiej sytuacji, kiedy ma się ochotę odkliknąć „lubię to”, warto zadać sobie pytanie: co się stało po drodze od „lubię to” do „nie lubię”.

Księżniczka doszła do wniosku, że dopóki ma ochotę klikać „lubię to”, jest aktywna i codziennie pragnie poznawać tę drugą osobę, to taki związek wart jest zachodu.

I jeszcze jedno! Z fejsbuka, jak i z dobrego związku, nie jest się tak łatwo wypisać;-) Oj, chyba księżniczka wpadła po uszy…

13:35, kantallupa
Link Komentarze (59) »
sobota, 24 września 2011
właściwe zakończenie bajki

Bajki jak wiemy dobrze się kończą, oto więc właściwe zakończenie:)

Każdy z kandydatów pociągał księżniczkę, ale z żadnym jakoś nie mogła sobie wyobrazić wspólnej przyszłości. Księżniczka pomyślała, że lubi być singielką i nie musi wybierać żadnego kandydata na siłę. Stwierdziła, że dopóki nie spotka takiego, "którego zalety będą dla niej istotne, a wady do zniesienia"*, pozostanie sama. A na uczczenie swojej decyzji wybrała się z innymi księżniczkami na najnowszy film Almodovara "Skóra, w której żyję".

I żyła długo i szczęśliwie!

Koniec

 

PS. Wszystkie opisane postaci są postaciami z bajki. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych jest prawdopodobne acz przypadkowe.



*cytat za: kobietawkryzysie:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23










stat4u

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...